Wjeżdżając do Aten oczywiście słuchałam Abby – nie wyobrażałam sobie, żeby miało być inaczej. Moi rodzice z pewnością nie mieli pojęcia, jak silnie zakorzeni się we mnie miłość do Grecji, gdy pozwolili mi obejrzeć “Mamma Mia!” w wieku dziewięciu lat. Choć jeszcze tego wtedy nie wiedziałam, to co tak mi się spodobało, to był określony styl życia, który w mojej głowie stworzył wizję Grecji jako miejsca, w którym człowiek może być w pełni sobą, puścić swoje wszystkie ograniczenia i wreszcie odetchnąć głęboko powietrzem błękitnym i lekko słonym, palącym słońcem i radością życia.

Wiele się zmieniło odkąd ostatni raz ją odwiedziłam. Na przykład to, że teraz od kilku lat podróżuję po Europie i Stanach sama. Uwielbiam te chwile dla siebie, gdy mogę spontanicznie rozporządzać moim czasem i w danym momencie zrobić dokładnie to, co przyjdzie mi do głowy. Ateny zamarzyły mi się jako przedłużenie wyjazdu na Lefkadę, która okazała się być spełnieniem marzeń o idealnym wypoczynku. Chciałam bliżej poznać zwyczaje i mentalność ludzi, bo to zawsze interesuje mnie najbardziej w podróży, i na tyle na ile to mi się udało, mogę powiedzieć, że Grecy żyją spokojnie, bez pośpiechu, bez zbędnych napięć. Często się przytulają i nie ukrywają radości ze spotkania dawno nie widzianego przyjaciela. Uśmiechają się, gdy ładnie wyglądasz i mogą wyjść zza lady swojej piekarni, żeby cię zaprowadzić do stacji metra. Potrafią przy tobie usiąść, gdy widzą, że jesteś sama, bo może potrzebujesz towarzystwa. To tylko kilka moich historii z Aten. Jak to dokładnie było?

Ateny powitały mnie życzliwie i ciepło

Jak już wspominałam, gdy wysiadłam z autobusu, który przywiózł mnie z lotniska prosto pod ateński parlament, w słuchawkach miałam “Chiquititę” i nie mogłam być bardziej szczęśliwa. Zazwyczaj już po pierwszym spacerze do hotelu czuję, czy zaprzyjaźnię się z miastem, do którego przyjechałam, czy raczej się nie polubimy. Ateny powitały mnie życzliwie i ciepło – znalazłam drogę jak u siebie w domu. Robiło się już powoli ciemno, gdy szłam z placu Syntagma w stronę Metaxourgeio i czułam się zaskakująco bezpiecznie, nie mogąc się doczekać poranka, świeżo wyciskanego soku z pomarańczy i prawdziwej sałatki greckiej, w której oliwki mają pestki, a feta jest zawsze w jednym kawałku. Małe szczegóły tego typu miały dla mnie znaczenie odkąd pamiętam, bo nadają ulotnym momentom życia wyjątkowego smaku – komponują się idealnie jak taka sałatka właśnie.

Zanim udało mi się dotrzeć do restauracyjki wciśniętej gdzieś w wąskie ulice Plaki mojego pierwszego ateńskiego poranka, pojawił się pewien problem. Wszystko wszędzie było po grecku – rzecz raczej naturalna i do przewidzenia, a jednak. Nawet mapy w moim telefonie, którymi się posiłkowałam, pokazywały mi wszystkie nazwy zaszyfrowane tym tajemniczym, pięknym alfabetem. Dostawałam po prostu szewskiej pasji, aż w końcu podjęłam w głowie decyzję. Gdy już na końcu półki w jakimś spożywczaku znalazłam przyzwoity szkolny zeszyt i jakiś długopis, usiadłam sobie spokojnie przy stoliku śniadaniowym wystawionym na nierówny bruk i z całych sił starałam się go przytrzymywać, żeby się nie trząsł, gdy próbowałam dość nieudolnie pisać greckie litery i ich odpowiedniki, zerkając na otwarte w telefonie zdjęcie poglądowe greckiej kaligrafii. Zanim skończyłam jeść najlepszą sałatkę w moim życiu mój mózg uruchomił już funkcję czytania greckich nazw i metro nie mogło mnie niczym zaskoczyć. Choć wciąż czasem musiałam sobie przypominać co to była za dziwna litera, bo mi wyleciało z głowy, a tym samym nosić przy sobie ściągawkę w kieszeni marynarki. Tym sposobem, alfabet stał się kolejną rzeczą, którą pokochałam w Grecji.

Pierwszego dnia siedziałam na wzgórzu Aresa patrząc na miasto gdzieś w dole i zastanawiałam się, czym mnie zachwyci. Czułam się wolna, jakbym była częścią starożytnego świata, tak samo jak on trochę w uśpieniu, ale w pełni żywa dla tych, którzy bliżej się przyjrzą. Zawsze w podróży myślę o tym, co Adam Wodnicki pisze o tym w swojej książce “Notatki z Prowansji” – że czasem wystarczy wsłuchać się w ciszę po głosach, które już gdzieś zniknęły, usłyszeć gwar miasta, jego rytm i zwyczaje, i gdy wyciągniemy rękę, pochwyci ją jakaś inna – w tym przypadku “starożytna ręka”, żeby nas oprowadzić po historiach ukrytych przed publicznym widokiem. Właśnie tak czułam się siedząc pod Akropolem, o którym marzyłam, który wielokrotnie sobie wyobrażałam studiując historię sztuki i robiąc o nim pełno notatek. Miałam wrażenie, że doświadczam w tamtym momencie jakiejś magii. To absolutna prawda, co wszyscy mi powtarzali – zobaczenie Akropolu to doświadczenie, które trzeba przeżyć chociaż raz. A doszłam do takiego wniosku tylko obserwując go z daleka – zatopienie się w jego mistycznej magii czekało mnie dopiero ostatniego dnia, o świcie, sam na sam z pierwszymi promieniami słońca oświetlającymi ruiny starożytnego świata. Wszystko w swoim czasie.

Wieczorem tego dnia poznałam Ateny od zupełnie innej strony. Gdy pracowałam jeszcze kiedyś w kawiarni, uwielbiałam obserwować jak klimat lokalu zmieniał się z porannego spokoju i brzęku białych filiżanek o okrągłe wypolerowane spodki prosto w wieczorny gwar głosów i dźwięk kostek lodu wrzucanych do kieliszków o różnych rozmiarach tuż przed nalaniem do nich wyszejkowanego drinka. Podobnie wraz ze zmianą pór dnia, zmieniały się miasta i Ateny nie odstawały tu od reguły. Zakochałam się w dynamice placu Monastiraki i romantycznej naturze małych restauracji w dzielnicy Plaka, w której każda z nich miała swój unikalny klimat, ale pozostawała w spójnej atmosferze do reszty. Choć była połowa października, czułam się jak latem na Lefkadzie, a właśnie po przypomnienie sobie tego cudownego klimatu przyjechałam wtedy do Grecji. Po tym cudownym wieczornym spacerze, wracałam do hotelu tanecznym krokiem – i tym razem nie obyło się bez Abby.

Październik, który smakuje jak lipiec

Następnego dnia przyszedł mi do głowy spontaniczny pomysł. Skoro już wcisnęłam do bagażu kostium kąpielowy, to może by wykorzystać to greckie słońce, którego nie będę miała po powrocie do Polski i przejechać się tramwajem po 16 kilometrach linii brzegowej miasta, by w dowolnym momencie wyskoczyć z niego przy plaży, która najbardziej by mnie urzekła? Spakowałam więc szybko wszystkie atrybuty lata, kupiłam spanakopita i kubek czarnej kawy na wynos, poprawiłam okulary słoneczne i usiadłam w tramwaju blisko okna, żeby dokładnie obserwować mijane plaże. Tak się złożyło, że padło na Alimos.

Dlaczego? Może potrzebowałam dobrego daiquiri z baru Bolivar i trochę muzyki z oddali, gdy będę się opalać i nie myśleć o niczym? Pewnie tak, jak znam siebie. W Grecji już doświadczyłam swojego najpiękniejszego mindfulness i zamarzyło mi się to powtórzyć. Chwila ulotna. Październik, który smakuje jak lipiec. Nieprzerwane słońce na bezchmurnym niebie, szum morza, które jest tak słone jak zapamiętałam i tak samo błękitne. Śmiech przyjaciół, którzy spędzają ten czas ze sobą nawzajem. I moja samotność, która w tym momencie mi nie przeszkadza i którą się delektuję. Jeśli coś mogę powiedzieć o samotnych podróżach, to na pewno to, że nie trzeba się ich bać, bo są pięknym sposobem na odkrycie siebie, przemyślenie paru rzeczy, otworzenie się na nowe pomysły i przede wszystkim zaufanie sobie, że cokolwiek mnie spotka, mogę na siebie samą liczyć i ze wszystkim dam sobie radę. Ateny mi o tym przypomniały, bo od mojej samotnej objazdówki po Europie minęło już kilka lat. Ale jak widać kocham to wciąż tak samo.

Nie umiałam się zebrać, by stamtąd wrócić. Skłonił mnie do tego tylko malowniczy zachód słońca i gdy w końcu oderwałam od niego wzrok, bo już się ściemniało, szłam do tramwaju jako inny człowiek – taki trochę mniej przejmujący się życiem i bardziej otwarty na jego nieoczekiwane piękno.

Umówione przez los przypadkowe spotkanie

Kolejny dzień był już dniem mojego wyjazdu, ale lot miałam wieczorem, więc wcisnęłam w mój grafik jeszcze sporo planów. O ósmej rano byłam już na Akropolu. Ni żywej duszy. Tylko ja i ta gęsta tajemnicza cisza, ja i słońce za wzgórzem, nie docierające jeszcze do miasta. I kilka kotów mieszkających w świątyni Posejdona, które przyszły łasić się do moich nóg. Nie wiem, jak opisać emocje, które mi wtedy towarzyszyły, ale czułam się, jakby wzgórze Akropolu było w tamtej chwili tylko moje, jakby było moim domem, miejscem, do którego należę. To było wspaniałe. Ocknęłam się z zamyślenia, gdy zaczęli pojawiać się pierwsi turyści, a słońce przebiło się przez chmury i oświetliło miasto i świątynię złotym, ciepłym światłem. Zeszłam bardzo powoli, bo trudno było odchodzić, ale musiałam pojechać w jeszcze jedno miejsce. Jak się potem okazało, miałam tam umówione przez los przypadkowe spotkanie, o którym nic wcześniej nie wiedziałam.

Tym razem wysiadłam z tramwaju w porcie. Siedziałam na nadbrzeżu bez butów, z nogami przerzuconymi poza jego krawędź, choć nie dosięgałam stopami do wody. Obserwowałam kraby na pokrytych roślinami kamieniach i wędkarzy, którzy zdawali się zupełnie zapomnieć, że dzisiaj jest przecież środa i większość ludzi siedzi po uszy w pracy, by zamiast tego poświęcić się temu, co daje im najwięcej szczęścia. Nagle usłyszałam za sobą głos, który mówił po grecku. Głos, który szybko zmienił język na angielski widząc konsternację na mojej twarzy i powiedział: “Cześć, wybacz, że ci przeszkadzamy, ale zauważyłyśmy, że siedzisz tutaj zupełnie sama i może potrzebujesz towarzystwa.”. “Jasne, siadajcie jeśli macie chwilę” – odpowiedziałam. “Nigdzie nam się nie spieszy” – powiedział drugi głos z uśmiechem, przypominając mi, że przecież Grecy mają czas na wszystko. To były dwie młode dziewczyny, mniej więcej w moim wieku, które wyszły na spacer do portu i postanowiły się mną zaopiekować przez cały czas pozostały do mojego lotu. Spędziłyśmy razem ponad dwie godziny i obiecałam, że gdy tylko wrócę do Aten – co stanie się na pewno szybko – wypijemy daiquiri na plaży we trzy.

Jechałam na lotnisko bardzo niechętnie, ale byłam bardzo szczęśliwa, analizując w głowie wszystko co mnie spotkało i nie umiejąc znaleźć jednego konkretnego słowa na jednoznaczne opisanie Aten. Po prostu wszystkie te uczucia, które mi towarzyszą, składają się na kraj, którego obraz zapamiętałam z dzieciństwa: obraz Greka w białej koszuli i kapeluszu, drzemiącego pod drzewkiem cytrynowym w swoim ogrodzie, umiejącego cieszyć się chwilą.


Aleksandra Szymańska

Kilka słów o autorce:

Na co dzień jest pisarką podróżną, tłumaczką ze specjalizacją medyczną i wokalistką – głównie jazzową, choć też eksperymentującą. Od dziewiętnastego roku życia podróżuje samotnie po świecie w poszukiwaniu inspiracji pisarskich i rozwojowych. W Grecji zakochała się na nowo podczas podróży na Lefkadę we wrześniu 2021 i to zainspirowało ją do stworzenia krótkich esejów jako szkic emocji towarzyszących jej podczas wyjazdu, który przewartościował jej sposób myślenia. Po powrocie rozwinęła je i napisała książkę. Kolejnym takim szkicem są Ateny.

www.instagram.com/alexandra_sunflower


Zainteresują cię również

1 komentarz

  1. Po prostu inspirujące do nauki tego prawdziwego mindfulness. Grecja wydaje się być prawdziwą ostoją dawnych wolniejszych czasów, która powinna motywować do zwolnienia…

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

error: Tekst chroniony prawem autorskim. © 2019 Pod Akropolem